POMÓŻ CHUDEMU!

Oznakowanie dawnego terenu obozu na Przemysłowej w Łodzi jest jednym z tegorocznych zadań w BUDŻECIE OBYWATELSKIM. Zgłosili je uczniowie Szkoły Podstawowej nr 81 w Łodzi im. Bohaterskich Dzieci Łodzi.
GŁOSUJ NA ZADANIE pt. Oznakowanie terenu byłego hitlerowskiego obozu dla dzieci i młodzieży przy ulicy Przemysłowej - nr L0140 (pula zadań ponadosiedlowych).

Dziecinna (?) pamięć

Dzieci, małe dzieci, bo ze szkoły podstawowej, chodzą po osiedlu i wręczają przechodniom pudełka. Wielkości tych od zapałek albo trochę większe. Obklejone kolorowym papierem.          

            Obdarowywani... albo spieszą się do pracy, albo nie mają drobnych, albo wolą chodnik po drugiej stronie ulicy.

Może obawiają się psikusa? Może tego, co dzieci schowały w pudełkach?

            Dzieci przymocowują na osiedlowych drzewach pacynki. Zrobiły je dla innych dzieci. Dla tych, którym brakowało nie tylko zabawek, ale jedzenia, domu i mamy.

            „A w czymże dzieciom z obozu mogą pomóc jakieś zabawki z krzywymi uśmiechami, z za dużymi głowami, w obszarpanych sukienkach z domowych resztek?” - ktoś zapyta.

            W latach 60. ubiegłego wieku pewnej szkole nadano dumne imię Bohaterskich Dzieci Łodzi. Co prawda trudno się domyśleć kategorii bohaterstwa, ale zamysł podobno był taki, by w ten sposób uhonorować ofiary obozu dla dzieci i młodzieży przy ulicy Przemysłowej w Łodzi.

Podobnie jak imię szkoły, tak i nazwa obozu w pełni nie oddają prawdziwego charakteru miejsca i tragedii historii. Małe dzieci wypisały jej fragmenty na małych karteczkach, schowały do tzw. pudełek pamięci, by rozdawać przechodniom, żeby o obozie dowiedział się świat, który zaczyna się na osiedlu obok ich szkoły, leżącej na granicy terenu dawnego obozu.

Obozu, w którym od 1942 do 1945 roku więziono bardzo małe dzieci, nawet 2-letnie i niemowlaki. Trafiały tam – oficjalnie – za rozmaite przewiny, a naprawdę dlatego, że były polskiej narodowości. Przebywały w obozie same, bez rodziców. Były głodzone, wykorzystywane do ciężkiej pracy, bite i zabijane.

            Szkole nadano imię, powstała w niej izba pamięci, wystawiono pomnik, pod którym co roku 1. czerwca odbywają się oficjalne uroczystości. Grają trąby, w szeregach prężą się lub mdleją w czerwcowym słońcu białe koszule, padają ważne słowa przemówień, składane są kwiaty i wręczane ordery, a potem wszyscy rozchodzą się do domów.

            „A co niby innego mieliby zrobić? Przecież nie zostaną na zawsze pod pomnikiem” - ktoś stwierdzi.

            „Ale wali głową w beton!” - odzywa się najprawdopodobniej przedszkolak. Stoi z mocno zadartą głową i z fascynacją spogląda w górę na wielką łysą głowę dziecka z pomnika i wgłębienia, które głowa „zrobiła” w kamieniu.

„Cóż za niestosowna uwaga! Przecież to Pomnik Martyrologii Dzieci - Pomnik „Pękniętego Serca!” - ktoś powie.

            Tylko, że dzieci wiedzą lepiej. Że Chudemu z pomnika może być przykro, gdy po tak hucznej imprezie zostaje sam. Dlatego - znicz, kwiatki, ale i kaczka. Albo znicz, kwiatki i niedźwiedź. Zwykle siedzą u stóp wychudzonej, nagiej postaci dziecka z pomnika. Twarzą wtulonego w kamień, kształtem przypominający pęknięte serce. Serce - nie tylko jego matki, bo dziecięcą postać zwielokrotniają jej obrysy, więc i serc można domyślać się wielu.

            Dzieci, które do postaci z pomnika zwracają się per „Chudy”, przynoszą mu na imieniny (oficjalnie – Dzień Patrona) zrobione przez siebie kwiatki i laurki... W zimie otulały teren dawnego obozu… nitką z wcześniej własnoręcznie zrobionego szalika. Malowały portrety Chudego, obdarowując go na nich rodziną, psem i domem. Zapraszały go na pizzę i do kina. A podczas gry terenowej – takiej nienudnej lekcji historii – uczyły o obozie… dorosłych.

            „Uwolnić Chudego”, „Uwolnić Chudego… cd.”, „Przyjaciele Chudego”, wreszcie - „Dzieci nie ryby i swój głos mają” - wszystkie były projektami edukacyjnymi, które miały na celu wypracowanie uwspółcześnionych metod upamiętniania. Uwspółcześnionych? Łączących troskę o żywą (!) pamięć o ofiarach obozu, z troską o emocje, psychikę i rozwój dzieci. Pozwalały dzieciom na uruchomienie własnej, czasami może zaskakującej dla dorosłych, kreatywności, na podejmowanie nieskrępowanych konwenansami wyborów. Wspierały odwagę wypowiedzi. Rozwijały otwartość na innych. Stawiały na edukację nie poprzez bierny przekaz wiedzy, ale działanie i emocjonalne zaangażowanie. A tak „po ludzku”?

            „Ten projekt jest po to, żebyście się czegoś nauczyli, dowiedzieli, żebyście zdobyli doświadczenie, a nie chodzi o to, żeby się z lekcji zwolnić, bo wtedy to po prostu nie ma sensu” -  jedna z liderek projektu „Dzieci nie ryby i swój głos mają” tłumaczy swoim młodszym kolegom. Olga, uczennica klasy 7, z podobną swadą negocjuje z dorosłymi odpowiednie miejsce dla siebie i innych dzieci (miejsce edukatorów!) podczas oprowadzania po terenie dawnego obozu.

            Gra terenowa autorstwa uczniów SP nr 81 była jednym z działań tzw. wspólnego pamiętania, do którego uczniowie SP nr 81 zaprosili przedstawicieli instytucji, które próbują pamiętać o obozie... Było dużo działań, emocji, zapału, planów dalszej współpracy. Dorośli pozostali otwarci na propozycje, ale rozeszli się do swoich obowiązków.

            „A co niby mieli zrobić? Przecież nie mogą zajmować się tylko obozem. A specyfiką projektów jest to, że się zaczynają, ale i kończą” - ktoś powie.

            Maluch biegnie do szkoły. Za chwilę dzwonek… Nie, w tej szkole nie ma dzwonków, bo niepotrzebnie stresują. Ale biegnie, bo wie, że wyszedł za późno. Mijając Chudego, klepie go po gołej pupie. Za chwilę w podobny sposób zagarnie ramieniem kolegę, by z dumą pokazać mu swoje świeżo obite kolano.

„Cóż za niestosowne zachowanie! Przecież to cmentarz, przecież nie wypada!” - ktoś może się oburzyć. Może.

            Ale prawda jest taka, że póki Chudy pozostaje dla dzieci jakimś obcym smutnym dzieckiem, które przeżyło straszną historię, przed którą należy paść na kolana, nie będzie pamięci. Może być strach albo respekt, ale nie będzie przyjaźni, współczucia czyli współodczuwania.

„A po co komu takie współodczuwanie?” - ktoś może zapytać? Może.  

            „Chodzi o to, żeby ta pamięć była przekazywana z pokolenia na pokolenie, no bo to jest po prostu ważne, dla nas, bo to są, jakby to powiedzieć, to jest taka część nas, że to były takie same dzieci jak my i że one miały tylko dużo gorzej” - mówi Antek z klasy 7 Szkoły Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci Łodzi, jeden z liderów projektu „Dzieci nie ryby i swój głos mają”.

            „Nie zaleca się zwiedzania Muzeum przez dzieci poniżej 14 roku życia” - czytamy w Regulaminie zwiedzania i przebywania na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. A dzieci z SP nr 81 z pierwszą wizytą do swojego patrona idą w pierwszej klasie.

„Czy nie za wcześnie?” - ktoś zapyta.

            „Zawsze, gdy chcemy rozmawiać z dziećmi i wprowadzamy im nowy materiał, to najpierw dajemy bazę. I stąd wprowadzenie, kim jest patron. (…) A potem, żeby na spacerze tego patrona sobie obejrzeli. Jeden chłopiec zauważył, że taki golasek tu stoi. I wtedy pojawiły się pojedyncze głosy, że kiedyś tu na tym terenie był obóz i że tu bardzo źle traktowali dzieci. Nawet nie do końca dzieci miały świadomość, że to była wojna. Po prostu był tutaj obóz i dzieci miały bardzo źle, bo nie miały jedzenia. To jedzenie było najważniejsze. (…) Potem rozmawialiśmy też, że stosowano kary cielesne i o tym, że samo oddzielenie dziecka od rodziców było drastyczne. Ale tego chyba rodzice im oszczędzają. A ja uważam, że powinni o tym z nimi rozmawiać. Bo to nie jest horror, który bardzo często nasze dzieci i tak oglądają, i jakoś bez świadomości rodzica, że to jest coś złego… A to jest przecież prawda. To nie jest bajka, to nie jest fikcja. (…) A czyje to jest serce? - dopytywałam. Rodziców, którym zabrali dzieci? A może dzieci, które zamknięto w obozie? Różne były wersje i właściwie każda z nich była tak samo dobra. Bo to od nas zależy, jak my to czujemy. (…) On nie jest ich kumplem, nie był i nie będzie. Ale postrzeganie postaci Chudego właśnie w takim rozumieniu, że jeżeli to jest patron naszej szkoły... to żeby ten Chudy nie był tylko taki dwa razy do roku, i tylko taki pomnikowy, obcy. Żeby, mimo tego, że on nie jest ich kumplem, nie był i nie będzie, to żeby on był ich. Żeby był ich. (…) I rozmawiając z nimi, czytając tablice, chciałam ich zapytać, co zrobić, żeby Chudy czuł ich obecność nie tylko dwa razy do roku... Ja nie mówię, żeby zatrzymywać się przy nim codziennie, żeby się modlić itd. Ale, żeby nasze dzieci dały przykład naszym dorosłym. (…) Przykro jest, że tak niewiele osób identyfikuje się z tym miejscem, a codziennie robi tu zakupy, chodzi na spacer z wnuczką, czy wnuczkiem, spędza połowę życia całego, nie wiedząc gdzie. (…) I przez to uczłowieczenie tej bryły, kamienia, żeby ludzie sami troszkę więcej poczuli, żeby to ich zmieniało. Żeby przypomnieli sobie, żeby pamiętali o tym, co minęło, i żeby ich życie prowadziło do tego, żeby te czasy nie wróciły. Taka przestroga. Dlatego rozmawiałam z dzieciakami, co by tu zrobić, żeby ten Chudy nie był odwiedzany tylko dwa razy do roku. I nad tym, myślę, będziemy pracować. Możemy znajdziemy jakiegoś Chudego w kalendarzu? A jak nie, to wpiszemy. (…) Kiedy jakiś czas temu dzieci roznosiły pudełka pamięci, dorośli, starsi uciekali. To było dramatyczne. Bo niektóre z tych osób mogły pamiętać czasy wojny, na pewno je pamiętały. I uciekały, ale to nie były ucieczki spowodowane obawą przez wspomnieniami. Tylko to była ucieczka, bo temat wydał im się nieinteresujący? Albo dzieci za małe? Czyli dzieci nie były partnerami do rozmowy na taki temat. A kto ma być partnerem, jeśli nie dzieci, gdy rozmawiamy o losie dzieci?” - twierdzi nauczycielka klas 1 – 3 w SP nr 81 Anna Bańkowska, „której wiodącą kompetencją jest szacunek dla ucznia”, jak można przeczytać w internetowym Obserwatorium Edukacji.

            Uczestniczyłam w lekcji, podczas której Anna Bańkowska omawiała z pierwszoklasistami ich pierwszy spacer pod pomnik Chudego. Byłam pod wrażeniem. Niejeden dorosły mógłby usiąść z nimi w ławce. Tak, mogłyby uczyć dorosłych. Ich starsi koledzy robili to w ramach projektu „Dzieci nie ryby i swój głos mają”, który wymyśliłam pod kątem tzw. wspólnego pamiętania. Historię obozu przy ulicy Przemysłowej upamiętnia kilka instytucji, ale najczęściej okazjonalnie, na marginesie swojej głównej działalności. A mnie zależy na pamięci wspólnej i uwrażliwiającej na losy dzieci żyjących tu i teraz.

            Moja współpraca z SP nr 81 rozpoczęła się, gdy jej dorośli i dzieci zgodzili się wystąpić w moim filmie „Nie wolno się brzydko bawić” i opowiedzieć ze mną o obozie. O moim tacie, który trafił na Przemysłową jako 10-latek, i o mnie, gdy już jako dorosła kobieta odkryłam obóz w sobie. Gdy zaczynaliśmy, myślałam, że zaproponowane przeze mnie rozwiązania żywego upamiętniania – w ruchu, angażującego emocje - są w szkołach normą. Okazało się, że byłam w błędzie. Ale nie pomyliłam się, co do gotowości SP nr 81 do podejmowania wyzwań. Dyrektorka SP nr 81 – Bożena Będzińska-Wosik uczy swoich nauczycieli  i uczniów odwagi – odkrywania, doświadczania, eksperymentowania i popełniania błędów. I odwagi nie zabrakło przy każdym kolejnym pomyśle na pracę z historią obozu, który przychodził mi do głowy, a który po swojemu twórczo rozwijali.

            Pamiętam moje rozmowy z jedną z byłych więźniarek obozu – panią Genowefą Kowalczuk – wielokrotnie powtarzała, że najbardziej zależy jej, by o obozie pamiętały dzieci. Najbardziej w nie wierzyła. Krótko przed śmiercią oglądała prace, które przyszły na konkurs „Zaproś Chudego do zabawy”. Gdy było pewne, że będziemy realizować projekt „Uwolnić Chudego… cd.”, powiedziała -  „Wiesz, czuję się, jakbym wygrała milion dolarów!”

            „Czym wcześniej zaczynają nam to właśnie mówić, no to chyba tak jest lepiej, a poza tym dzieci nie ryby… a żeby na jakiś temat mieć swój głos, to trzeba coś o tym wiedzieć, no to my o tym coś chcemy wiedzieć” - Lena - uczennica klasy 7 SP nr 81 odpowiada na pytanie, czy historia obozu jest tematem, którym powinny zajmować się dzieci, a jej koleżanka - Tośka, również z klasy 7, tłumaczy:

„Czasami tak jak ktoś mówi, że nie powinno się o tym mówić dzieciom, bo są za małe, to jednak czasami można uznać, że niektóre już nie są, bo już w pierwszej klasie potrafią mieć takie podejście, jak co poniektórzy w czwartej albo piątej, dlatego też uważam, że nie można tak mówić, że jest taka konkretna granica wiekowa –  bo to nie zależy od wieku, ale od człowieka”.

 

PS

Po zakończeniu projektu „Dzieci nie ryby i swój głos mają” w grudniu 2017 roku, uczniowie SP81 zapytali: „A co teraz?”

Po czym przygotowali wniosek do Budżetu Obywatelskiego pt. Oznakowanie terenu byłego hitlerowskiego obozu dla dzieci i młodzieży przy ulicy Przemysłowej.

 

Urszula Sochacka